Zacznę od stwierdzenia dość oczywistego faktu, że w dzisiejszym świecie wywiad-rzeka to odpowiednik autobiografii. Ta ostatnia staje się ostatnio jakby mniej modna – jej rolę lepiej spełnia właśnie wywiad-rzeka. Dlaczego? Bo jednak zgrabniej mówić o sobie, odpowiadając na czyjeś pytania, niż tak zupełnie samemu…
A jaka jest rola autobiografii? Od zawsze ta sama. Od chwili powstania pierwszej w dziejach (i dotąd niedoścignionej) książki tego gatunku, czyli „Wyznań” świętego Augustyna. Tą rolą jest autokreacja. Autokreacja bardzo często oznacza kłamstwo, dlatego z reguły niechętnie sięgam po autobiografie, także we wcieleniu wywiadu-rzeki.
Dlaczego zatem przeczytałem „Ziemkiewicza”? Bo jednak autokreacja kłamstwem być nie musi. Czasem jest po prostu doborem faktów, odpowiednim ich naświetleniem. Niekiedy akurat naświetleniem właściwym. Święty Augustyn był najlepszym w dziejach mistrzem autokreacji, choć przecież nie kłamał. A Rafała Ziemkiewicza czytam nieustannie od 35 lat i jedno, co o nim wiem na pewno, to że jest człowiekiem intelektualnie uczciwym. I dlatego właśnie sięgnąłem po tę publikację.
Przechodząc do meritum, od razu uporam się z partiami książki, które „skrolowałem” bez entuzjazmu. Chodzi mi o życie prywatne bohatera: perypetie jego miłości, zdrady, łajdaczenia się i w końcu całkowitej przemiany. Szczerze? Nie interesują mnie takie rzeczy. Wiem, dlaczego Ziemkiewicz o nich od dawna mówi, sam to zresztą Świetlikowi wyznał – rozbraja w ten sposób bomby, które mogliby odpalać jego wrogowie. Jest to zatem swego rodzaju program obowiązkowy. Dla miłośników ploteczek – gratka. Dla Czabana – nuda.
Natomiast jest w tej książce wiele autentycznych klejnotów. Pamiętajmy, że Ziemkiewicz to nie tylko uważny i inteligentny obserwator naszej rzeczywistości ostatnich 45 lat, ale także bezpośredni świadek, nawet uczestnik, najważniejszych tej rzeczywistości przemian. Dzieje jego życia to najnowsza historia Polski – po prostu. Nie szczędzi nam na szczęście anegdot i dygresji, których nie zamierzam tu zdradzać. Z prawdziwą łezką w oku czytałem zwłaszcza o latach 90., których niezwykłą atmosferę Świetlik potrafił wydobyć pytaniami, a Ziemkiewicz wdzięcznie opisać.
Bo – zapomniałem napisać na początku – dwaj autorzy tej książki to fajny duet. Znają się jak łyse konie, obaj sprawni w swym fachu, zawodowo operujący słowem. Więc czyta się przyjemnie.
Wracając do mego wywodu – dzisiejszy Ziemkiewicz to historia sukcesu, który w latach 90. wydawał się niemożliwy. Przecież to „człowiek, który się Michnikowi nie kłaniał”. Chałturzył w dziesiątkach jakichś prawicowych pisemek, których tytułów sam już dziś nie pamięta (poza najważniejszymi). (Notabene, młodzi dziś nie zrozumieją, jakiego wysiłku wymagało wówczas kupno „Najwyższego Czasu” czy „Gazety Polskiej”, których dystrybucja była systemowo tłamszona. W „Najwyższym Czasie” czytało się zresztą tylko Korwina, Michalkiewicza, Ziemkiewicza i Łysiaka – cała reszta to były wypełniacze.) I ten człowiek wypłynął na szerokie wody, najszersze. Choć wszystko stało mu na przeszkodzie. To zasługa inteligencji, solidnej formacji, niezmożonej pracowitości, lekkiego pióra, zawodowej uczciwości, zmysłu obserwacji i – najważniejsze – umiejętności chwytania sedna problemu, odsiewania plew od ziarna. Ale nie tylko. Ten sukces to także konsekwencja przemian polskiej rzeczywistości i ostatecznej nieskuteczności Michnikowego kagańca. To właśnie przeciwności piętrzone przez „drugą stronę” stworzyły klasę „konserwatywnych dziennikarzy – ludzi sukcesu”, których Ziemkiewicz jest najwybitniejszym przedstawicielem. O tych przeciwnościach jest w książce mowa często.
Choć przecież nie są to dla mnie rzeczy nowe, z autentycznym wzburzeniem czytałem partie książki dotyczące hejtu, niszczenia – Ziemkiewicza i jego bliskich. Sam bohater stara się pomniejszać dotkliwość tych ataków, pokazuje, jak wykorzystywał je we własnym marketingu, nawet sam prowokował. Robi to zapewne po to, żeby zniechęcać napastnika, pokazać mu nieskuteczność jego działań. Zresztą między wierszami można wyczytać, że jednak niektóre z tych ciosów były bardziej dotkliwe niż inne. Dociekliwy czytelnik się tu sam zorientuje, ja zaś na pewno nie będę podpowiadał, bo czytają mnie także źli ludzie.
Dla uzmysłowienia skali, wystarczy przypomnieć, że jeśli chodzi o intensywność gnojenia przez „Salon”, Ziemkiewicz przez długie lata mógł się równać jedynie z Jarosławem Kaczyńskim (do 2010 roku także Lechem). I jego i ich każde nieopatrzne słowo wyciągano z kontekstu, by przekształcić w manifest faszysty, przestępcy czy idioty. Dziś w tej dyscyplinie Ziemkiewicz nadal jest na podium – obok Kaczyńskiego i Karola Nawrockiego. Cóż – o jakości człowieka świadczy siła i zaciekłość jego wrogów.
Jak wspomniałem, czytam Ziemkiewicza od 35 lat. Nie da się ukryć, że jest to człowiek, który – przy gargantuicznej skali swojej twórczości – bardzo często się powtarza. Zresztą pewnie świadomie: kształcenie (także narodu) wymaga właśnie tego – powtarzania. Spodziewałem się zatem po tej książce intensywnego „recyklingu” wspomnień i koncepcji, które już nieraz się przewijały. A tu – niespodzianka. Bardzo wiele jest rzeczy nowych, nawet dla wiernych czytelników.
Z obowiązku recenzenckiego: znalazłem jedynie trzy błędy, a jestem czytelnikiem wyjątkowo upierdliwym. W jednym przypadku Ziemkiewicz zbyt odważnie puścił się na wody starożytnej historii Arabii (s. 105), w drugim pomieszał nieco chronologię (na s. 205 twierdzi, że odszedł z UPR w 1995 roku, a na s. 231, że był jeszcze w UPR, kiedy Platforma Obywatelska zwracała się w stronę UPR, choć PO powstała dopiero w 2001 roku). Trzeci błąd dotyczy słynnej sprawy niewpuszczenia go do Wielkiej Brytanii: na s. 229 pisze, że żaden PIS-owiec nie ruszył wtedy palcem. Otóż to nieprawda. Jeden z wiceministrów MSZ wygłosił wtedy ostre oświadczenie skierowane do władz brytyjskich. Niestety, dostał zaraz publicznie po łapach od ministra Raua. Pamiętam jak dziś – było to żenujące.
W sumie – lektura obowiązkowa.
autor: Zygfryd Czaban
źródło: https://x.com/CDzwoni/status/2048852528364937347