Dwuzdaniowe podsumowanie:
Książkę dobrze się czyta, mnóstwo faktów, Świetlik rzetelny, Obajtek przekonująco tłumaczy najważniejsze decyzje polityczno-biznesowe, ale niekoniecznie we wszystkich miejscach ukazuje się nam w najlepszym świetle, a uważny czytelnik wyczyta z jego odpowiedzi więcej niż on sam chciałby o pewnych sprawach przekazać. Jednak mimo różnych – czasem trudnych do uniknięcia – nieszczerości, a może nawet dzięki nim, tchnie to wszystko autentycznością.
Wielka zaleta tej książki to żywy język. Obaj interlokutorzy mają swój własny, rozpoznawalny styl wypowiadania się: Świetlik – kpiarski, a Obajtek – no… po prostu Obajtkowy, żywiołowy, strzela słowami jak z karabinu maszynowego. I to się tak czyta, jakby się ich słyszało. Widać, że ktoś to najzwyczajniej spisał z taśmy, bez zbytniego wygładzania, cenzury, „autoryzacji” i tak dalej. Słowo „potoczysty” pochodzi od „toczenia” – tak tu właśnie jest: ten dialog się sam toczy, jest zupełnie naturalny.
Nie ma zakazanych tematów, a Świetlik nie odstawia nogi. Wypytuje bardzo szczegółowo o wszelkie afery lub rzekome afery, które przez te wszystkie lata wyciągnięto przeciwko Obajtkowi. Ten zaś się broni. Czy np. w tych drobnych pcimskich, municypalno-biznesowych kombinacjach (bo afera to za mocne słowo) nasz bohater miał – jak twierdzi – zawsze czyste sumienie? Nie wiem. Natomiast czytelnikowi pozostaje wrażenie, że Obajtek to najlepiej obecnie prześwietlona osoba w Polsce i gdyby rzeczywiście coś istotnego przeskrobał, dawno by się to już okazało. A niczego takiego nie ma.
W ogóle Świetlik bardzo dobrze przygotowany do przeprowadzenia tego długiego wywiadu. Widać, że losy Obajtka śledzi od wielu lat, że nie pierwszy raz go przepytuje, że rozmawiał z różnymi osobami z jego otoczenia.
Znalazłem mnóstwo rzeczy dla mnie zupełnie nowych. Skanując niusy, od dawna zresztą wyłącznie na tłiterze, skupiam się na wydarzeniach bieżących, staram się zidentyfikować trwalsze trendy, natomiast nie śledzę biografii postaci nawet tak pierwszoplanowych jak Daniel Obajtek. Ze zdziwieniem odkryłem zatem barwne losy jego życia, dotąd mi nieznane. Rozumiem teraz, dlaczego Wiktor Świetlik zaangażował się właśnie w ten projekt – to po prostu niezmiernie ciekawy temat.
Nie znałem wcześniej historii o przedsiębiorczym, szesnastoletnim szefie samorządu uczniowskiego, który załatwił dużo dobrych rzeczy dla szkoły, ale zaczął pytać o lewe interesy dyrektora, czym rozpętał piekło. Chciano go zniszczyć, sprawa zatoczyła naprawdę szerokie kręgi, nabrała wymiaru ogólnopolskiego. Po prostu prezesostwo Orlenu w miniaturze… Z pesymistycznym zakończeniem, bo Obajtka usunięto ze szkoły, potem na skutek odwołania przywrócono, ale na końcu trafił z tego wszystkiego do szpitala i ze szkoły sam się wypisał. GW do dziś tryumfuje, że Obajtka wyrzucono z technikum.
Czytelnik znajdzie też różne takie smaczki, które ludzie chcą w tego typu publikacjach widzieć – np. że Obajtek sześć lat w Warszawie siedział, ale jej w ogóle nie zna (nie wie, co to Hotel Bristol), bo kursował tylko między biurem a mieszkaniem. Brzmi znajomo wielu prowincjuszom, mającym za sobą epizod pracy w warszawskiej korpo…
Niesamowita jest opowieść Obajtka o środkach ochrony (część z nich nieznana mi nawet z literatury sensacyjnej), które stosował, żeby się zabezpieczyć. Przed czym? Zamachem, porwaniem? A gdzie tam. Nie chciał, żeby mu podłożyli świnię.
Były prezes Orlenu opowiada, jak naruszył wielkie interesy, dlatego niszczono jego, rodzinę, znajomych, nawet całą gminę, z której pochodził. Dziś te interesy wróciły i hulają na całego. Wątek zaszczuwania przewija się przez całą książkę. Widać, że on tym tematem żyje, bo tak mu wrogowie życie urządzili. Ojciec mu z tego wszystko zmarł, mama nie może się uspokoić, resztę rodziny nachodzą różne typy, wypytują, proponują pieniądze. Szkoda gadać.
Pytania Świetlika pozwalają wydobyć na światło dzienne dwoistą naturę interlokutora. Z jednej strony potwierdza się mój obraz Obajtka jako świetnego biznesmena. Człowieka nie tylko doskonale rozumiejącego gospodarkę, ale także wyposażonego w wizję, energię, niebanalne pomysły, odwagę, szczęśliwą rękę do ludzi oraz najważniejsze: umiejętność priorytetyzowania. Ktoś taki w biznesie prywatnym jest na wagę złota. A w państwowym… się naraża. No więc się narażał. Z drugiej jednak strony, Obajtek to polityk z krwi i kości. Umie rozmawiać z PJK, nadaje na wspólnych falach z PMM. Miał doskonałe przełożenie na Nowogrodzkiej i potrafił je wykorzystać. Jako rasowy polityk, uważa za naturalne, że ponad tysiąc osób w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacja, które trafiły tam z politycznego nadania poprzedniej ekipy, trzeba było od razu zwolnić…
Obustronny sarkazm to wielka zaleta tej książki. Przykład pierwszy z brzegu:
Świetlik: „6 lutego 2018 roku został pan powołany na stanowisko prezesa Orlenu. Wygrał pan konkurs?”
Obajtek: „Zakładam, że rozmawiamy jak ludzie poważni”.
Kurtyna. I oczywiście ma rację, że tu musi być nominacja polityczna, a nie cyrk z konkursem, bo prezes Orlenu po prostu ma obowiązek być stałym kontakcie z premierem. Za duża spółka, za duże pieniądze, zbyt ważne sprawy, by powierzać to stanowisko osobie, wobec której najwyższe czynniki nie mają stuprocentowego zaufania, a tego nie da się zbudować z dnia na dzień.
Ciekawa jest rozmowa o zatrudnianiu w Orlenie ludzi z plecami, z politycznego polecenia. Obajtek mówi o tym szczerze, bez żenady. Opowiada, że tak jest świat zbudowany, że to niezależne od rządzącej ekipy. Ba, że nawet w prywatnym biznesie codziennością jest zatrudnianie ludzi z polecenia, na całym świecie. No więc z tym ostatnim nie mogę się zgodzić. Dekady pracuję w biznesie prywatnym – nie wiem, może jakimś skrajnie nietypowym – ale z moich obserwacji wynika, że zatrudnianie po znajomości to w nim rzadkość, wszyscy krzywo na to patrzą i z reguły nie są to sukcesy rekrutacyjne.
Część o fuzji z Lotosem bardzo interesująca. To wtedy zaczęły się największe nagonki na Obajtka, bo uderzył w potężne, partykularne interesy trójmiejskie, których do tej pory nikt nie był w stanie tknąć. Nie były to zresztą tylko interesy ówczesnej opozycji… Biznesowa konieczność tej spóźnionej o 30 lat fuzji nie budziła wątpliwości, ale przed Obajtkiem nikt nie był w stanie jej przeforsować, bo sprzeciwiały się temu lokalne kliki… Nóż się w kieszeni otwiera. Aha, i z książki wynika wyraźne, że niechęć Obajtka i środowisk trójmiejskich działa w obie strony.
Ze zdziwieniem czytałem niezwykłe superlatywy o spółce Saudi Aramco, jej menadżerach i ich żonach, gościnności, poziomie technicznym, merytorycznym, kulturze. Rozumiem, że to ważny partner i że nawiązano kordialne stosunki, ale takie pochlebstwa z ust byłego prezesa naszego narodowego koncernu wyglądają na nieco nadmierne…
Padają mocne słowa Obajtka o Tusku, który szuka powiązań Aramco i MOL z Rosją (żadna z tych firm nie ma rosyjskiego akcjonariatu), ale sam zamierzał sprzedać Lotos Rosjanom i nawiązywał nowe kontrakty naftowe z Rosją po aneksji Krymu. A Obajtek przyszedł do spółki kupującej w 100% rosyjską ropę i od razu, na długo przed pełnoskalową inwazją rosyjską na Ukrainę, dywersyfikował zakupy, dzięki czemu można było potem zrezygnować z ruskiej ropy. Czuć tu uzasadnioną gorycz.
Fragment o relacjach z mediami i dziennikarzami doskonały. Tutaj Świetlik szczególnie dociekliwy, bo działa pro domo sua. Dla osób, które mają wątpliwości, jak działa rynek mediów w Polsce, zwłaszcza na styku z ogromnym źródłem dochodów reklamowych, lektura będzie przykrym wstrząsem.
Mnie, jako hobbystę spraw niemieckich, szczególnie interesuje to, co Obajtek ma do powiedzenia o Niemcach, ich zamiarach i działaniach wobec Polski. Tutaj niewątpliwie mógłbym mu przybić piątkę. A lektura o tym, jak to Tusk wykoleił polskie plany nabycia rafinerii w Schwedt, które opierały się na naszych silnych instrumentach nacisku (rurociągi, potrzebnie Niemcom do ciągnięcia ruskiej ropy, należą do nas) i udostępnił im całą infrastrukturę za bezdurno – wstrząsająca, choć nie zaskakująca.
Można się nieco pośmiać, czytając Obajtkowe baśnie z mchu i paproci nt. utrzymywania niskich cen paliw przed wyborami. No ale Świetlik nie mógł o to nie zapytać, a Obajtek coś tam musiał odpowiedzieć i wtedy przesłuchujący wziął się za ostre grillowanie.
Świetlik nie komentuje; ogranicza się do zadawania pytań, często niedogodnych. Taka konwencja książki niekiedy pozostawia czytelnika z pytaniem, co dziennikarz naprawdę myśli o konkretnych odpowiedziach Obajtka, do którego ewidentnie czuje sympatię. Zdarzają się przecież odpowiedzi pokrętne. Podoba mi się taki format. Inteligentny, znający życie czytelnik nie potrzebuje wytycznych, jak ma co rozumieć. Niekiedy jednak Świetlik wsiada na Obajtka, kiedy jego własna wiedza zupełnie nie zgadza się wypowiedziami gościa, jak w sprawie jego stosunków z Jackiem Sasiniem. Wtedy robi się dość ekspresyjnie, ale nadal wszystko pozostaje w konwencji pytań i odpowiedzi. W sprawie Sasina, i kilku innych, wersja Obajtka nie broni się.
Dziennikarz, znający swego gościa nie od dziś, podaje zresztą tu i ówdzie klucze do zrozumienia jego wypowiedzi.
Oto jeden z nich: „Jak pan mówi: <<przesada>>, to prawda. Jak nieprawda, to krzyczy pan: <<bzdury>>”.
I zabawne to, i trafne, i przydatne. W sumie, jak się uważnie czyta słowa Obajtka, także między wierszami, choćby te o zakupie i zarządzaniu Polska Press (temat dla przepytywanego skrajnie niedogodny), to można się zaskakująco wiele dowiedzieć o mechanice rządów i polityki na najwyższym szczeblu w Polsce za czasów PiS. Jeśli nie pojawią się jakieś szczere memuary Kaczyńskiego czy Morawieckiego, to ta książka może być dla przyszłych historyków najlepszym dostępnym źródeł do tego zagadnienia.
W ogóle czyta się to dobrze. Ja zawsze lubię się przysłuchiwać rozmowom inteligentnych ludzi, którzy mają wiele do powiedzenia, nawet jeśli swoje wiem.
Daniel Obajtek to postać, wobec której nie da się przejść obojętnie. U jednych wzbudza sympatię, u innych skrajną nienawiść. Dla niektórych to przysłowiowo sprawny menedżer i szczery patriota, dla innych – nieuk, biznesowy analfabeta, polityczny apartaczyk i ruski agent. Obawiam się, że po książkę sięgną tylko ci, którzy byłego prezesa Orlenu lubią. A to niedobrze, bo ten wywiad mógłby wielu ludziom otworzyć oczy. Niezwykle pouczające są passusy obrazujące stopień skomplikowania Orlenu, sposób zarządzania przez Obajtka tą gigantyczną organizacją, skalę koordynacji działań z rządem (zwalczanie mafii paliwowych), trudną do wyobrażenia złożoność dokonanych fuzji oraz efekty tego wszystkiego w postaci gigantycznych zysków, o więcej niż rząd wielkości przekraczających to, co w analogicznym okresie wypracowano za rządów Tuska. Dlatego, jeżeli macie w rodzinie kogoś z drugiej bańki, można rozważyć tę książkę na prezent.
Podsumowując: żywiołowo, naturalnie, bez cenzury i zakazanych tematów i niech każdy sobie sam wyrobi zdanie. Czyta się lekko. Mi te 300 stron zeszło w kilka godzin. Tak to powinno wyglądać.
autor: Zygfryd Czaban
źródło: https://x.com/CDzwoni/status/1904235622518108306