Z tymi niemieckim reparacjami to jest naprawdę ciekawa sprawa i to na różnych poziomach. Jeden z nich to oczywiście poziom prawny. Ale to tylko niewielka cząstka całej sprawy. Bo – powiedzmy, że przyjmujemy niemiecki punkt widzenia, że reparacje z prawnego punktu widzenia są zamknięte (tak wcale nie jest, ale zróbmy takie założenie). I co wtedy? Przecież Niemcy nadal są moralnie odpowiedzialni za miliony mordów, kradzież setek tysięcy dzieci, setek tysięcy wagonów dóbr kultury i innych skarbów, zburzenie Warszawy – dom po domu. I tak dalej. I to „moralne mocarstwo” mówi nam, że odpowiedzialność moralna polega na tym, że się mówi „przepraszam” i „spadajcie”.

To się kupy nie trzyma i nigdy się nie będzie kupy trzymało. I teraz pytanie, dlaczego Niemcy mogli zadośćuczynić generalnie wszystkim innym ofiarom swoich zbrodni, ale wyłączają z tego Polaków. Wcale nie chodzi tu o to, że zadośćuczynienie Polakom po prostu byłoby najdroższe i dlatego nas olali. Przecież przyjmując jakieś uproszczone zasady „odpowiedzialności moralnej” wcale nie musieliby nam płacić tych 1,5 biliona euro ale np. 100 miliardów w 20 ratach. To raptem 5 miliardów euro rocznie – kropelka w skali niemieckiego budżetu. A jeśliby np. zapłacili 30 lat temu, to wyniosłoby to ich jeszcze wielokrotnie mniej. Ale nie.
Jak myślicie, dlaczego? Otóż to jest część większej gry. Odszkodowanie płaci się ofierze, a Niemcy już od 60 lat systematycznie robią z nas naród sprawców. Zapłacenie choćby jednego euro Polsce, oznaczałoby, że to naród niemiecki, a nie polski, był sprawcą zbrodni II wojny światowej. A na to Niemcy nie chcą się zgodzić.
Tylko że to cholernie ryzykowna gra z ich strony. Kiedy ta cała polityka obciążania nas winą za ich zbrodnie była projektowana, czyli w latach 60., Polska była strasznie biedna i nie miała żadnego PR-u na zachodzie – po prostu stanowiliśmy wymarzony cel takiej operacji „przerzucenia win”. Nie mogliśmy się bronić. Ba, mieliśmy wywiad tak słaby i skierowany na zupełnie inne sprawy, że przez dziesiątki lat nawet nie zorientowaliśmy się, w co nas ubierają.
No tak, ale czasy się zmieniają. Polska rośnie w siłę, jakoś tam się bogaci, buduje sobie coraz lepszy PR. Co więcej, ponieważ mamy chwilowo rząd namiestniczo-niemiecki, to ten PR siłą rzeczy buduje samo społeczeństwo na zasadzie rozproszonej – w mediach społecznościowych. Tu zaczynamy być pomału potęgą. I teraz okazuje się, że nie jesteśmy już taką idealną ofiarą operacji „przerzucenia win”.
Niemcy słyną z tego, że raz ustalonej polityki nie zmieniają, nawet kiedy sufit już wali się im na głowę. Tak było z popieraniem Rosji, tak samo jest z obciążaniem nas zbrodniami. I to się ściśle zazębia z kwestią reparacji. Otóż bezczelność Niemiec wobec Polski zaczyna być dostrzegana u nas przez większość społeczeństwa. Niemcy szybują na łeb na szyję w sondażach sympatii w Polsce. Powiecie – a co ich to obchodzi? Otóż nie obchodzi, a powinno. Bo w perspektywie 20 lat okaże się, że Polska, państwo o rosnącej gospodarce, trzydziestu kilku milionach obywateli i przepotężnej armii, stała się im wrogiem. Że w tej Polsce nie da się wygrać wyborów, jeśli się nie jest bardzo, bardzo antyniemieckim. A jak się te wybory wygra, to trzeba tym Niemcom robić pod górkę, rugać ich publicznie, przypominać o zbrodniach. Że w sumie polski polityk nie ma ważniejszych obowiązków.
A Polska to nie Luksemburg czy Czechy. Nas będzie słychać i będziemy mieli coraz więcej sposobów, żeby Niemcom bardzo dotkliwie szkodzić. I to ich bardzo zaboli. Ale będzie już bardzo późno i wtedy trzeba już będzie zapłacić nam bardzo, bardzo dużo. Czas rabatów się skończy.
autor: Zygfryd Czaban
źródło: https://x.com/CDzwoni/status/2012202333078200809